8 sierpnia został wybrany Dniem Transportu

O pomoc w wytypowaniu odpowiedniej daty poproszeni zostali internauci. Mieli oni zaproponować datę uraz uzasadnić swój wybór. Najbardziej aktywni w tej kwestii okazali się ci skupieni wokół facebookowych profili: kampanii Transport jest potrzebny oraz Wyższej Szkoły Logistyki. Pojawiło się wiele propozycji. Wśród nich były np. takie daty jak: 27.08 - na znak upamiętnienie powstania Forda T, traktowanego jako symbol nowej ery rynku masowego, czy też 7.11 – jako data rozpoczęcia produkcji pierwszych polskich ciężarówek w Lublinie. Po burzliwych naradach wybrana została jednak data 08.08. "Spodobała nam się przede wszystkim koncepcja zastosowania odwróconych ósemek jako symbolu nieskończoności transportu. Ideą kampanii jest bowiem uświadomienie wagi przewozów, nie tylko dla gospodarki, ale i dla każdego z nas. 
Pomysł nieograniczonej ciągłości transportu podkreśla ten przekaz, zwracając jednocześnie uwagę na to, że powinniśmy bardziej doceniać przewozy drogowe, bo transport był, jest i będzie" – podsumowała Bogna Błasiak-Niciejewska, Dyrektor Marketingu Grupy Raben. Autorzy kampanii chcieli, aby ustanowiony przez Grupę Raben Dzień Transportu skłonił wszystkich do refleksji nad rolą przewozów. Zaproponowali krótką zabawę uświadamiającą wagę transportu, prosząc o sprawdzenie, skąd pochodzi produkt położony najbliżej naszej prawej ręki. Jeśli to długopis, jego droga była baaardzo długa, najprawdopodobniej bowiem przypłynął do Polski z…Chin.

Grupa Raben ustanowiła Dzień Transportu, który obchodziliśmy 8 sierpnia. Data odwróconych ósemek (08.08) jest symbolem nieskończoności transportu. Ideą kampanii jest bowiem uświadomienie wagi przewozów, nie tylko dla gospodarki, ale i dla każdego z nas. Pomysł nieograniczonej ciągłości transportu podkreśla ten przekaz, zwracając jednocześnie uwagę na to, że powinniśmy bardziej doceniać przewozy drogowe, bo transport był, jest i będzie. W związku z tym zaproponowano krótką zabawę uświadamiającą wagę przewozów - przyjrzyjenie się lepiej przedmiotowi znajdującemu się najbliżej prawej dłoni. Jeśli był to długopis…to jego droga była baaaardzo długa. Pochodzi zapewne z Chin, zatem na Wasze biurko trafił za pośrednictwem transportu kombinowanego, jadąc do portu samochodem, następnie promem, by znów "wsiąść" do auta. Oto 7 nagrodzonych historii, na 7 dni tygodnia. 

Po prawej stronie znajdują się szuflady w której mam stary talerzyk i dość skomplikowany jak na smarowanie serka, nóż. Nóż dostałem od pewnego milionera spotkanego, gdy byłem w stanach jako uczestnik work and travel. Zdobył "fortune" właśnie na transporcie. Przechodziłem akurat koło jego domu, gdy organizował wyprzedaż podwórkową. Spodobał mi się pewien nóż, ale był dla mnie za drogi. Okazało się jednak, że mężczyzna ten chciał się go pozbyć, więc ofiarował go komuś za darmo. Powiedziałem mu o tym, że gdybym wiedział to wziąłbym go. Powiedział, żebym zaczekał i wtedy przyniósł mój śniadaniowy nóż. Opowiedział, że ma go od czasów, gdy żył w lesie z żoną w domku, który zbudował, używał go do patroszenia ryb. Ma niesamowite ostrze zrobione w USA, ale rękojeść zrobioną w Chinach. Udało się przewieźć go do Polski, a teraz przywodzi wspomnienia i smaruje mi chleb. Zaskoczyły mnie również pamiątki z Alaski. Alaskańskie pamiątki były bowiem zrobione w Chinach. Nie jest trudno sobie wyobrazić jakieś chińskie przedsiębiorstwo z działem robienia pamiątek na różne kraje świata.

Pozdrawiam
Michał Kowalski

Kawa musi być gorąca jak piekło, czarna jak diabeł, czysta jak anioł, słodka jak miłość - mawiał, Charles-Maurice de Talleyrand.
Droga ziaren kawowych jest dość urozmaicona. Mam tutaj na myśli nie tylko piękne tereny, które musi przebyć, by dotrzeć do naszej filiżanki, ale także dobór taboru. Plecy plantatorów nie należą przecież do wysoce rozpowszechnionego środka transportu.
I tak kawa z obszaru Etiopii czy Rwandy jest transportowana statkami, samochodami i koleją. Nie zapominamy tu również o kontenerach, które przyjęły być określane mianem kawowych.
Ogromne znaczenie mają warunki transportu, gdzie temperatura nie może przekraczać wyznaczonych norm, dlatego kontenery znajdują się najczęściej pod pokładem statków.
Ostatnim etapem jest redystrubucja, kiedy kawa znajduję się już w kraju przeznaczenia.
Dość istotnym elementem, którego nie wolno pominąć, jest śmietanka/mleko. Już w "Panu Tadeuszu" zauważono wagę tego dodatku. Również tutaj można pokusić się o dopisek, jak to mleko trafia do cystern spożywczych...

Paula Wojtkowiak

Zanim moja żółta piłeczka antystresowa trafiła na biurko w spółce Raben Transport, przebyła długą drogę z ziiimnego Wschodu. Jej znana nam historia sięga kwietnia 2011 roku, gdzie pojawiła się na Targach Energetycznych w Moskwie jako gadżet ze spotkania. Skąd do białoruskiego Mińska, gdzie wówczas mieszkaliśmy, przywiózł w walizce pociągiem relacji Moskwa - Brest mój mąż. Po paru miesiącach trafiła do pudła jako rzecz przeznaczona do użytku osobistego i przekroczyła terytorium Polski przez samochodowe przejście graniczne w Bobrownikach bez potrzeby otwierania i zamykania dokumentu T1J . W ten sposób piłka znalazła się na terytorium UE, docierając do Poznania.
Po krótkim czasie odbyła swoją dotychczasową ostatnią podróż, tym razem w ruchu krajowym :) - na moje biurko do Gądek.

Krystyna Darożka

Dzięki treści konkursu organizowanego przez partnera WSL - Raben Group umieszczonego na FB, uświadomiłem sobie, co tak naprawdę leży na blacie mojego biurka i jak ważny jest transport. No cóż, zapewne będzie to laptop, a zaczynając od lewej strony... hm stoi lampka, przy niej białe pudełko z kroplami do nosa, jeszcze bliżej mnie szklanka... od whisky. Przyglądam się jej dokładniej i stwierdzam, że do połowy wypełniona jest ciemnym rozgazowanym napojem. Patrzę na nią podejrzliwie, ale zapewne jest to pepsi, gdyż jej opróżniona półlitrowa butelka stoi po mojej lewej stronie, tuż obok kubka zawalonego długopisami różnych kolorów. Czy to wszystko, co mnie otacza? Wracam jeszcze raz na stronę Facebooka i czytam dokładniej. Co znajduje się najbliżej mojej dłoni? Lampka? Nie. Butelka czy kubek? Też nie. Wtedy uświadamiam sobie, co kryje moja prawa dłoń. Podnoszę ją do góry i ... spod niej wyłania się czarna bezprzewodowa myszka firmy, zaczynającej się na literę M. Obracam ją o 180 stopni i widzę czerwony laser, który razi mnie w oczy. Powyżej etykieta z kodem kreskowym i informacjami o myszce. Wczytuję się dokładniej. I co? Nie zdziwię siebie i nikogo innego, jak napiszę, że pochodzi ona z Chin. MADE IN CHINA. Model 1452.
Więc jak długą drogę pokonała, aby znaleźć się pod sterami mojej prawej ręki? W jakim punkcie na mapie mogę oznaczyć jej START?
Zasięgam wiedzy z jednej ze stron internetowych. Czyżby był to kanał Lingqu? Zbudowany na rozkaz Pierwszego Cesarza Chin jeszcze przed naszą erą? Tworząc śródlądową drogę wodną liczącą ok. 2200 km? To raczej nie jest możliwe. Nie tędy droga. Ponownie spoglądam na etykietę. Jednak nie odnajduję tam żadnej wskazówki. A gdyby tak pofantazjować i zadać jej to pytanie. Jestem ciekawy, co by mi odpowiedziała, gdyby potrafiła mówić. Możliwe, że wyglądałoby to tak:
- Zastanawia mnie to skąd się wzięłaś na moim biurku? – pytam się jej.
- Jak to skąd? Już nie pamiętasz?
- To, że ze sklepu z promocji, to pamiętam. Ale chodzi mi bardziej o to, jak trafiłaś na półkę z przekreśloną ceną 79.99 na promocyjną 49.99 ?
- No z magazynu, przecież to oczywiste – odpowiada zuchwale. Nie chcę z nią dalej drążyć tematu o sklepowych półkach, więc pytam konkretniej:
- To może opowiesz mi skąd pochodzisz, co? Bo to, że z Chin już wiem.
- Podglądałeś mnie pod spodem, co? - zarzuca mi, na co się śmieję i kontynuuję.
- Tak, przyznaję się. Więc co było dalej? Po tych Chinach?
- Niech pomyślę… A już sobie przypominam. Gdy nas wyprodukowano, to znaczy złożono w całość i zapakowano w te duszne plastikowe opakowania, poukładali nas w kartonach. Jak sobie przypominam po 100 sztuk w kartonie. I potem nastała ciemność, gdy jeden z Chińczyków zamknął karton i zakleił taśmą. Było mi bardzo ciasno. Leżałam na samej górze, ale zamknięcie kartonu miałam tuż nad głową. Chwilę później poczułam jak unoszę się do góry i opadam. Pewnie wtedy układano nas na paletach, które prędzej widziałam. I znów ten dźwięk, tym razem była to folia, którą owijali wszystkie kartony. Potem usłyszałam jak podjeżdża wózek widłowy. I znowu to samo.
- Czyli? – pytam nieco zaciekawiony,
- Znów jakieś potrząsanie, unoszenie, a na domiar złego, raz po raz coś uderzało w górę kartonu. Trochę się zdenerwowałam, ale po trzech minutach wszystko się wyjaśniło, gdy ponownie ujrzałam światło. Od razu zrobiło mi się lepiej.
- A skąd te światło?
- Po prostu zaczęło padać, a krople deszczu odkleiły małą część taśmy z wierzchu kartonu. Dzięki temu mogłam wszystko widzieć, a teraz mogę opowiadać, co było dalej. Trafiliśmy na pakę dużego samochodu ciężarowego. Zamknęli drzwi i znów ciemno. Jechaliśmy około godzinę. Potem trafiliśmy na kolejny wózek widłowy. Nie wiem, co to było za miejsce, ale na pewno byliśmy jeszcze w Chinach, gdyż operator wózka miał skośne oczy i mówił w niezrozumiałym dla mnie języku. Poczułam powiew chłodnego powietrza, wydobywającego się przez szczeliny plastikowego opakowania. Nie uwierzysz gdzie wtedy byłam? – pyta. Przeczytałam to z jednego z kontenerów.
- Nie mam pojęcia.
- W porcie w Dalian. Położonym na Morzu Żółtym.
- I pewnie trafiłaś na kontenerowiec.
-Masz rację. Jednak nie wiem, czy to był kontenerowiec, ale był to duży statek. W każdym bądź razie płynęłam kilka dni. Liczyłam noce, ale po czterech już się pogubiłam. Więc dokładnie nie wiem, ile czasu minęło zanim trafiłam do Indii. A tam po raz kolejny port morski i przeniesienie z wózka na samochód. Minęły kolejne godziny i zatrzymaliśmy się na porcie lotniczym Indira Gandhi. Ogromne lotnisko, uwierz. Co rusz lądował i startował samolot. Więc nie będzie to dla ciebie zaskoczeniem, jak powiem, że wpakowano nas do jednego z tych samolotów. Do najszybszego środka transportu. Z terminala drugiego wylecieliśmy pod wieczór. Byłam ciekawa, gdzie wylądujemy, ale po kilku godzinach zatrzymaliśmy się na porcie lotniczym Ren-Men.
- We Frankfurcie? W Niemczech?
- Tak. Tam w sumie nic się nie działo, ponieważ przez kilka godzin leżałam na palecie na kolejnym wózku widłowym, czekając na kolejny transport. Pewnie zastanawiasz się, jak dostałam się do Polski?
- Umieram z ciekawości.
- Więc, po tym jak sprawdzono zgodność wszystkich dokumentów z towarem, stała się straszna rzecz. Jeden z pracowników odkrył mój karton. A co najgorsza zauważył, defekt mojego kartonu i zakleił ponownie taśmą. Tak więc od tamtej chwili, zapanowała znów ciemność. Tylko zastanawia mnie jedna rzecz…
- Jaka? – wtrącam się jej w zdanie.
- A no taka, że przebyłam kilka tysięcy kilometrów i dopiero w Niemczech skapnęli się, że wyglądam przez karton. Jak to możliwe?
- Nie mam zielonego pojęcia –odpowiadam wzruszając ramionami. – Tylko skąd wiesz, jakie było następne państwo?
- Chyba już zapomniałeś, że mam dobry słuch. Także, znów usłyszałam podjeżdżający samochód, potem wstrząs i zamknięcie drzwi. Minęły kolejne chwile, krótsze i dłuższe i znalazłam się na terenie Twojego kraju.
- Mojego?
- No tak, bo powiedz mi, które graniczące państwo z Niemcami, ma najgorsze drogi.
Już wiem, co ma na myśli. A mi wstyd się przyznać.
- Dziura na dziurze. Cała Polska. Dobrze, że padło na Was Euro, to chociaż mieliście motywację i położyliście kilka kilometrów autostrady. Bo całą drogę we wstrząsach do Warszawy nie wytrzymałabym.
- Więc trafiłaś do stolicy, tak?
- Tak. A tam do ogromnego magazynu. Przeleżałam tam ze dwa dni. A kolejnym, mniejszym samochodem ciężarowym dostałam się do magazynu Twojego ulubionego sklepu elektronicznego. A resztę już znasz.
- Z półki, wpakowałem cię do koszyka, z koszyka do plecaka. W plecaku przebyłaś kilkuminutową drogę tramwajem i znalazłaś się w moim domu.
- Piękne zakończenie… - stwierdza.
- I żyli długo i szczęśliwie – dodaję. Patrzę na myszkę, na ekran laptopa, ponownie na myszkę i laptopa. Przecieram oczy i wszystko powraca do normy. Nieco zapędziłem się z moją wyobraźnią, ale w ten sposób uświadomiłem sobie, jak ważny jest transport. Lotniczy, morski i lądowy czy ten kombinowany. Bez niego moja lampka czy szklanka, a co najważniejsze myszka nie znalazłaby się na blacie mojego biurka, a ja nie dowiedziałbym się jak długą, a czasem i trudną, pokonała drogę;)

Marcin Czech, student WSL

Gdzieś na przedmieściach George Town w stanie Północna Karolina grupka drwali z miejscowego zakładu podjeżdża pick-upem na miejsce wyrębu dorodnych drzew iglastych. Pracują wytrwale w znoju południowego, amerykańskiego słońca, ale ich wysiłek opłaca się, bo oto na dłużycach lądują pachnące jeszcze żywicą pnie. Ich podroż dopiero się zaczyna... Mkną ścieżkami autostrad, przez niewielkie Albany, wprost do Pansacoli na Florydzie, do fabryki celulozy. Te, będące jeszcze nieokrzesanym darem natury pnie, wyjadą stąd jako bezkształtna masa. Zapakowane na kontenery jadą na swoje Pożegnanie z Ameryką do portu, może w Houston? A może w Jacksonville? Jako jedne z tysięcy kontenerów, płyną sobie spokojnie na spotkanie ze Starym Kontynentem, może do bajecznej Hiszpanii? A może do portu we Francji? A może zwyczajnie do Hamburga? Jedno jest pewne, trafią na kontenery do całej Europy, do magazynów, do fabryk… Załóżmy, że wprost z portowych magazynów w Hamburgu, w porcjach, na plandekach, w sznureczku, jeden za drugim, jadą do Polski, do Kwidzyna. Tam już zakład zadba, żeby zrobić z nich świeżutkie, sprasowane kartki. Widzieliście kiedyś takie białe plandeki? Albo zestawy z charakterystycznym drzewkiem? To całe palety ryz papieru jadą w Polskę… aż jedna z nich zajechała do Wielkopolski, do magazynu w Kaliszu. A stamtąd do sklepu, gdzie zupełnie nieświadomie wybrałam ją spośród wielu innych ryz. Wróciłam do domu, wydrukowałam rozkład jazdy pociągów i teraz ta bielutka niegdyś kartka leży tuż przy mojej prawej dłoni…a na niej plan na następną "przygodę transportową", tylko że moją. W tej chwili, kiedy myślę o tym, ile kilometrów przebyła, to.. czuję w nozdrzach zapach lasów Północnej Karoliny (i może kilku spoconych drwali...).

Pozdrawiam serdecznie czytających :)
Dominika Raniś z Kalisza

Najbliższą rzeczą, która leży w pobliżu mojej prawej dłoni, jest telefon komórkowy. Centrala firmy znajduje się w Korei Południowej i uznajmy, że telefon też stamtąd pochodzi. Gotowy produkt został spakowany i przygotowany do wysyłki. Producent zamówił transport telefonu małym samochodem dostawczym na lotnisko towarowe. Samolot z zamówionym produktem z Korei przyleciał do europejskiego lotniska, np. gdzieś w Niemczech. Tam został odebrany przez mały samochód kurierski i zawieziony do centrali firmy kurierskiej zajmującej się takimi przewozami. Następnie telefon był przechowywany w magazynie, gdzie po krótkim czasie został wysłany do kraju docelowego, czyli Polski. Transport z Niemiec do Polski odbył się pojazdem ciężarowym przewożącym przesyłki drobincowe do bazy kurierskiej w Polsce położonej najbliżej mojego miejsca zamieszkania. Tam telefon został przeładowany na auto dostawcze i po tej długiej drodze został dostarczony do ostatecznego klienta, czyli do mnie ;)

Pozdrawiam

Jakiś czas temu, na odległym kontynencie zwanym Azją zebrana została zielona herbata... Po zebraniu, trafiła do magazynów i została spakowana do podróży, a miała jechać do Europy! Kiedy nadszedł czas wyjazdu, herbata pożegnała się z rodziną i ruszyła. Podczas drogi nawiązała wiele nowych znajomości. Podczas podróży statkiem, natrafiała na wiele sztormów, ale musiała wytrzymać, ponieważ wszyscy na nią liczyli. W końcu kiedy przypłynęła do Europy, została załadowana na ciężarówkę i przyjechała do Polski. Tam została ponownie zapakowana, już w małe kartoniki. Następnie poszedłem do sklepu i wziąłem ją do domu, zaparzyłem i teraz ona jest w kubku najbliżej mojej prawej dłoni.

Rafał Bartkowiak

Partnerami kampanii są